W życiu chodzi o to, by być trochę niemożliwym!

Historia Basi

 

Od kołyski uczy nas się życia, zasad funkcjonowania w społeczeństwie, czego nam nie wolno, co nie uchodzi, a co jest wręcz uznawane za patologię. Określa się w nas normę, przystosowuje do ogółu, szufladkuje. Już od pierwszych świadomych chwil byłam w opozycji do świata, do tych ustaleń, norm, szufladek. Miałam wrażenie, że się duszę, że kotłuje się we mnie jakieś inne JA, które wrzeszczy i wyrywa się z mojej duszy na zewnątrz. Przez 35 lat swojego życia walczyłam z nauczycielami, szefami, rodzicami, mężem, niedorzecznościami, aż doszłam do momentu, że buntowałam się dla zasady. Kiedy usłyszałam diagnozę, że mam raka, struchlałam, przeraziłam się, bałam się śmierci. Właściwie raka odkryłam u siebie przypadkiem i to przez stres! Kilka lat przed diagnozą było go w moim życiu bardzo dużo – moja córka przez pierwsze trzy lata swojego życia potrzebowała szczególnej uwagi z powodu problemów ze zdrowiem. Kiedy jej zdrowie się unormowało, wróciłam do pracy – szybkie tempo, nieprzyjazne środowisko wywołało jeszcze więcej stresu, w wyniku którego schudłam aż 20 kg! Dopiero gdy straciłam kilka cm poczułam, że mam coś w piersi. To było nie tylko wyczuwalne, ale wręcz widoczne. Myślę, że to właśnie stres był bezpośrednią przyczyną zachorowania. Wcześniej dbałam o siebie – uprawiałam sport, pilnowałam tego, co jem.

Czy diagnoza była powodem, dla którego poddałam się i przestałam szarpać ze światem? Absolutnie! Odezwało się we mnie to moje JA. Dodało mi odwagi. Pomyślałam – skoro mam w sobie taką siłę, to może w końcu ją wykorzystam? Skierowałam ją na działanie na swoją rzecz. Stałam się niemożliwa! Wyrzucona drzwiami, pchałam się oknem. Jeszcze bardziej walczyłam o swoje! Przede wszystkim zrobiłam porządek ze stresem – wiedziałam, że jest dla mnie zły i że muszę go wyrzucić ze swojego życia. Więc przekwalifikowałam się. Z wykształcenia jestem księgową, a z zawodu kadrową. Czy szukałam czegoś pokrewnego? Nie! Dziś ostatecznie zajmuję się… fitnessem! Jestem trenerką i prowadzę zajęcia m.in. dla kobiet, które doświadczyły raka i innych ciężkich chorób, a próbują wrócić do lepszego życia.

Diagnoza uświadomiła mi również, że ważne jest, aby być w zgodzie ze sobą. Wielogodzinne przyjmowanie chemii spędzałam na rozmowie ze sobą. Próbowałam sobie wytłumaczyć zdroworozsądkowo wiele rzeczy, uzasadnić to, co się dzieje i poukładać pewne rzeczy w głowie. Rozmawiałam dużo nie tylko ze sobą, ale też z ludźmi dookoła. Chciałam wszystkim pokazać, że rak to tylko jakiś etap w życiu i że jest do przejścia! Zawsze szłam na chemię wystrojona, niemalże jak na wybieg – w pięknym makijażu, kolorowych turbanach, zakładałam kolorowe wzorzyste spódnice i długie kolczyki. Starałam się każdej z pań siedzących w poczekalni rozdać pozytywną energię, pokazać, że ten szpital, do którego przychodzimy, to pole walki i nie przychodzimy tu po to, żeby umierać! Wyobrażałam sobie, że chemia skapująca do żył z kroplówki, to takie Don Kichoty na koniach, które pikują w kierunku komórek rakowych i starałam się wizualizować tę walkę. Nigdy przez niego nie płakałam, nie byłam smutna, traktowałam raka jak wroga – pokazałam mu, że jestem niemożliwa! Wygrać mogę tylko ja, a nie on.

Bywały też oczywiście trudne momenty – sama diagnoza jest przecież szokiem, a dla mnie takim ciężkim czasem było pierwszych 6 miesięcy mojego leczenia. Zacznijmy od tego, że tych 8-9 lat temu, gdy byłam diagnozowana, nie mówiło się, że rak piersi ma jakieś podtypy. Ba! W ogóle mało rzeczy się wtedy określało. Dziś, jak widzę wyniki innych dziewczyn, to łapię się za głowę, jak to się zmieniło! Całe kartki zapisane! Ja od swojego lekarza usłyszałam tylko, że mam HER pozytywny i tyle – skierował mnie na chemię czerwoną. Powiedział mi wtedy „Twój organizm jest w bardzo dobrym stanie, więc dam Ci wszystko, co jest dostępne na rynku”. Wtedy nie było czegoś takiego, jak leczenie celowane, dobierane do konkretnego podtypu. Mało tego! W sumie dostałam 6 cykli chemii, po której lekarze stwierdzili, że robią mi miesiąc przerwy, potem radioterapia, dwa tygodnie przerwy i kolejny cykl 12 chemii. W tamtym momencie to było zupełnie poza mną… dopiero po pół roku otrząsnęłam się z tego pierwszego szoku i zaczęłam szperać, drążyć, dowiedziałam się np., że są jeszcze jakieś inne rodzaje chemii. Początki poszukiwania wiedzy też nie były proste – wtedy było bardzo mało wiarygodnych źródeł wiedzy, a dużo było naciągaczy, portali z medycyną alternatywną. Najbardziej wiarygodne były dziewczyny, które coś przeżyły, bo potrafiły podać konkretne przykłady – gdzie szukać pomocy, lekarzy, informacji o metodach leczenia. Wertowałam więc strony Amazonek, na których dziewczyny wymieniały się wynikami, swoimi doświadczeniami – gdzie pójść, co zrobić, kiedy i jakie dokumenty zanieść. Nawiązałam z nimi kontakt, to one kazały mówić o swoich potrzebach, walczyć, chodzić, prosić i pytać. Kiedy wyszłam ze szpitala nie wiedziałam nic – nikt o niczym ze mną nie rozmawiał, nie uprzedzał, że po operacji i leczeniu mogę mieć problemy z ręką. I tutaj znowu przyszła mi na pomoc Amazonka, właścicielka sklepu medycznego, do którego trafiłam, rozglądając się za peruką i stanikiem protetycznym. Ona zupełnie jak taka kwoka – brała mnie i inne dziewczyny w podobnej sytuacji pod swoje skrzydła i opiekowała się nami – zaczęła nas bardziej uświadamiać, podawać telefony do innych dziewczyn, które mogły nam pomóc. Czyli pomagały nam wtedy najbardziej osoby w takiej samej sytuacji. Uważam, że teraz dziewczyny są bardziej świadome, bo dużo się mówi o raku piersi.

W takich trudniejszych chwilach bardzo wspierał mnie personel medyczny. Dużą pomocą w tych pierwszych chwilach samodzielnego poszukiwania informacji był mój lekarz onkolog, który uprzedził mnie, że będę trafiała na różne treści, ale żebym niczego sobie nie dała wmówić i żebym z nim wszystko konsultowała. Powiedział: „jeśli chcesz się wyleczyć, to musisz mi zaufać i wszystko mówić”. Więc tak robiłam. Jak coś wyczytałam, to przychodziłam do lekarza i pytałam go „Słuchaj, a nie możesz mi zrobić takich badań? A jak nie tych, to inne? Bo czytałam, że są takie, a takie”. Niektórzy lekarze dziwnie reagowali, jak do nich przychodziłam z konkretnymi pytaniami czy z prośbą o badania, bo jak tu komuś streścić tyle lat studiów medycznych i mu wytłumaczyć różne rzeczy? Byłam jednak bardzo dociekliwą pacjentką i przychodziłam z konkretnymi tematami. Lekarze i pielęgniarki zawsze chcieli mi pomóc, nigdy nie rozkładali rąk, że czegoś się nie da zrobić. Kiedyś rozmawiałam z lekarzem, dlaczego  trafiam na takich dobrych ludzi. Odpowiedział: „Basia, bo Ty nie jesteś roszczeniowa. Jak nie jesteś roszczeniowa, to życie inaczej się układa”. Dlatego staram się przyjmować życie takim, jakim jest. Jeśli nie mam na coś wpływu, to staram się z tym pogodzić. Gdzieś w środku mam takie przeczucie, że istnieje karma – że jeśli ja jestem dobra dla ludzi, to oni będą dobrzy dla mnie. I kiedyś to wszystko wróci. Dlatego wydaje mi się, że warto dać więcej od siebie. Im więcej dasz od siebie, tym więcej do Ciebie wróci.

Drugą ogromną, a nawet najważniejszą siłą i motywacją, jest dla mnie moja rodzina. Gdy zachorowałam moje córeczki miały 3 i 9 lat. Pamiętam, jak zaczęły mi się sypać włosy i żeby to doświadczenie nie było bardziej bolesne, postanowiłam je ściąć! Do fryzjera weszłam razem z mężem i oboje zażyczyliśmy sobie ścięcia na zero. Kiedy takie dwa łysolce przyszliśmy do domu, to moja młodsza córeczka powiedziała: „O mamuś! Ile miejsca do całowania!”, ale starsza zamknęła się w pokoju i strasznie płakała, nie chciała w ogóle ze mną rozmawiać. Po 4 godzinach, kiedy w końcu udało mi się z nią porozmawiać, powiedziała: „Mamo, bo ty teraz wyglądasz, jak ci wszyscy chorzy ludzie”. Wtedy przysięgłam sobie, że nigdy nie będę wyglądała, jak chora – właśnie dla moich córek. Codziennie rano, niezależnie czy miałam chemię czy nie, wstawałam i robiłam sobie makijaż, pięknie się ubierałam. Oczywiście – miałam takie dni, że nie dam rady, ale wtedy mówiłam sobie: „Nie! Wstajesz, szpilki na nogi i sio z domu!”. Przez prawie dwuletni okres mojego leczenia zawsze byłam kolorowa, nigdy moje córki nie widziały mnie rozklejonej. One mnie motywowały i one wyciągnęły mnie do tego kolorowego świata. Mało tego! Były takie sytuacje, że nie raz byłam zaczepiana i pytano mnie, czy nie jestem w ciąży! Bo wyglądałam tak promiennie – przez sterydy przytyłam 12 kg, więc byłam taka papuśna i z pąsami na policzkach. W związku z tym wiele osób myślało, że jestem w stanie błogosławionym.

Choroba dużo uczy. Pomimo tych wszystkich niedogodności nadal uważam, że choroba dała mi więcej dobrego niż złego. Przede wszystkim nauczyłam się, że wiedza daje siłę i trzeba ją stale zdobywać i poszerzać. Ze swojego doświadczenia i pomimo tego, że miałam świetny kontakt ze swoim lekarzem i mogłam z nim rozmawiać, uważam, że nie powinno się bazować tylko i wyłącznie na tym, co powie lekarz. Chociażby z tej prostej przyczyny, że ma ograniczony czas wizyty i nawet gdyby chciał, to nie może przekazać pacjentom wszystkiego. Trzeba szukać informacji, ale w bardzo konkretnych źródłach – na stronach organizacji pacjentów, kampanii edukacyjnych, współpracujących z lekarzami. Wiedza daje siłę, a uważam, że wyleczenie raka jest w głowie i bardzo dużo zależy od tego, co w niej sobie poukładamy.

Świetnie mi się poukładało w rodzinie, z mężem, wiele rzeczy, o których wcześniej się nie mówiło, zostały powiedziane otwarcie, a to pozwoliło na lepsze budowanie relacji. Nagle uznałam, że to ja jestem najważniejsza, a nie zadowalanie innych, bo inaczej całkiem się posypie i nie będę zdrowa, a wtedy ucierpi na tym moja rodzina, przyjaciele i praca. Dlatego trzeba zadbać o siebie – stałam się taką zdrową egoistką. Nagle się okazało, że skończyłam 40 lat i dopiero zaczęłam żyć tak, jak już powinnam żyć od 20 lat. Myślę, że rak musiał się wydarzyć w moim życiu, żebym uświadomiła sobie, co tak naprawdę jest ważne – zdrowie, a nie żeby wszyscy dookoła byli zadowoleni i praca wykonana. Stąd twierdzę, że ta choroba zmieniła w moim życiu wiele rzeczy na lepsze – bez niej nie przemyślałabym swojego życia, nie przewartościowałabym go. Do końca nie wiedziałabym, co jest w nim najważniejsze. To prawda, co się mówi – że ludzie po raku się zmieniają. Choroba dużo zmienia – charakter, nastawienie do świata. Wielokrotnie spotkałam się z tym, że ktoś miał pretensję, że jestem bezpośrednia, obcesowa, wyemancypowana, że wręcz balansuję na krawędzi niegrzeczności. To dlatego, że ludzie dotknięci nowotworem przestają dbać o konwenanse, a w swoim otoczeniu o ludzi, którzy nie mają ochoty dbać o nich. Dziś już wiem, że nie chcę mieć do czynienia z niedobrymi ludźmi. Potrafię być asertywna i wymagająca wobec siebie i przede wszystkim innych.

Całą drogę z rakiem walczyłam, wrzeszczałam, szarpałam się z tym GADEM, służbą zdrowia, sobą samą i JESTEM. Czasem przychodzi strach – że może on wróci? Ale wiem, że mamy na niego nową baterię leków i że będzie dobrze! Nie daję się takim myślom! Nawet teraz, pomimo remisji lubię być na bieżąco, wiedzieć, jakie pojawiły się nowe metody, jakie działania podejmują pacjenci i organizacje pacjentów, jakie petycje piszą, jakie są nowe leki dostępne dla pacjentów. Śledzę kampanie edukacyjne, takie jak „Wylecz raka piersi HER2+”, z których można się wiele dowiedzieć. Mam świadomość, że ciągle ktoś pracuje nad tym, żeby rakowi wytoczyć jeszcze większe działa. Kiedy jeszcze podczas leczenia usłyszałam, że lekarz chce mi dać najmocniejszy dostępny wtedy środek, moją pierwszą myślą było: „Co jeśli nie zadziała? Nie ma nic mocniejszego, więc już nic nie będę mogła wtedy zrobić?”. Lekarz uspokoił mnie, że jeśli nie zadziała, to od momentu rozpoczęcia leczenia na pewno pojawią się nowe leki, bo medycyna ciągle się rozwija. I faktycznie widzę, że te nowe rozwiązania ciągle się pojawiają i że trwają kolejne badania, które pozwalają jeszcze dokładniej poznać raka. Dlatego nie daję się negatywnym myślom! Miałam też taki moment, że chciałam odciąć się od tego, co było, zapomnieć o raku piersi – nie czytać, nawet nie wchodzić szczególnie w interakcje z osobami z rakiem piersi. Potem jednak postanowiłam przekuć to w coś dobrego – zaczęłam wtedy jeszcze bardziej współpracować z kobietami z rakiem piersi, chciałam im pokazać, że można żyć! Ich obecność również dodawała mi sił i nie pozwalała zostać samej z myślami. Skupiłam się na osobach, które potrzebują radości i pomocy, skupiam się na tym, co mogę zrobić i na co faktycznie mam wpływ. A mam wpływ na to, żeby pomagać innym kobietom z rakiem piersi – jeśli nie poprzez zajęcia, to rozmowę lub dzieleniem się swoją historią, bo może kogoś zmotywuję?

Każdy dzień jest dla mnie wielkim szczęściem i cieszę się z małych rzeczy! Wszyscy mi mówią: masz w sobie tyle optymizmu, energii, jak to dobrze, ze się z nami nią dzielisz, jesteś niemożliwa… A może zawsze byłam?… Wy też bądźcie!!! Znajdźcie w sobie tę siłę! Mnie ta siła pomogła przetrwać leczenie prawie 9 lat temu. Pomogła spełnić marzenie, by pracować tańcząc! Nie traćmy energii na to, na co nie mamy wpływu! Szukajmy tej siły w różnych miejscach i nie rezygnujmy z siebie, miłości do siebie i do życia! Dzięki sile, którą znalazłam z kadrowej – księgowej siedzącej w papierach, stałam się instruktorem fitness aerobiku i prowadzę zajęcia dla kobiet po przejściach, sprzedając przy tym dobrą energię i pozytywne nastawienie oraz miłość do siebie!

 


Basia, 43 lata

Poznaj historię naszych bohaterek

Rak w małym mieście

  Rak w małym mieście Historia Barbary Nazywam się Barbara, mam 50 lat i pochodzę z Sokółki – małej miejscowości w województwie podlaskim. Chciałam Wam opowiedzieć o raku piersi z perspektywy mieszkańca małej miejscowości. Mam nadzieję, że moja historia będzie...

Organizatorzy

Partner merytoryczny

@ 2019 Copyright Roche Polska Sp. z o.o., ul. Domaniewska 39 B, 02-672 Warszawa. Wszelkie prawa zastrzeżone.