Każdą minutę dzielę na czworo

Historia Katarzyny

Witaj! Mam na imię Katarzyna, mam 49 lat, pochodzę z Głogowa, a od 9 lat mieszkam we Wrocławiu. Co powinnaś wiedzieć o mnie na początku? Przede wszystkim to, że do życia podchodzę bardzo zadaniowo, a podobnie działa się także w sporcie, który tak uwielbiam uprawiać – np. strzelając z łuku – trzeba trafić w sam środek tarczy czy biegnąc – dobiec do celu.

Swoją historię chciałam zacząć właśnie od biegu i to bardzo nietypowego, bo… na spacerniaku w więzieniu! Wzięłam w nim udział w 2019 r. jako jedyna kobieta na świecie, wśród osób, które były osadzone za poważne przestępstwa. Biegłam z nimi ramię w ramię. Przez pierwsze 2 km ze stresu prawie w ogóle nie oddychałam! Oczywiście wszystko było odpowiednio zabezpieczone, ale emocje były ogromne! Bieg zaplanowałam na 10 km, a kiedy udało mi się go ukończyć i opadły wszelkie emocje, pojawiła się refleksja, że każdy z nas jest postawiony przed różnymi problemami.

Niektóre są małe, a inne są ogromne, mogą wynikać z naszych świadomych działań lub być zupełnie niezależne od nas. Ci osadzeni, z którymi biegłam, musieli się mierzyć z więzienną rzeczywistością, a rozwiązanie problemu było czasem już poza ich możliwościami. Moim problemem był rak piersi. Ale rak piersi jest problemem, który można rozwiązać i się od niego uwolnić! Skąd to wiem? Bo od raka piersi uwolniłam się kilka lat temu i jestem zdrowa!  

Zaczynając jednak od początku – wszystko zaczęło się w czerwcu 2011 r. podczas zwykłej kąpieli i zwykłego odruchowego samobadania piersi. Zawsze badałam się regularnie ze względu na historię mojej mamy, która była po łagodnych onkologicznych przejściach. Kiedy mama chorowała, miałam 10 lat i wtedy nie mówiło się tak otwarcie o kobiecych chorobach. Dziecku nikt nie wytłumaczył, czemu mama jest w szpitalu, czemu miała operację…. Dopiero kiedy byłam dorosła, mama wytłumaczyła mi, co się wtedy z nią działo, ale strach pozostał, dlatego pilnowałam regularnych badań, żeby nie spotkało mnie to samo. Tak więc, 21 czerwca 2011r., późnym wieczorem, w sobotę podczas brania prysznica wyraźnie wyczułam guza wielkości orzecha włoskiego. Przestraszyłam się, choć Domyślałam się, co to może być… niestety nie mogłam pójść od razu do lekarza, ponieważ to był weekend i musiałam zaczekać do poniedziałku, ale w domu nie mogłam wysiedzieć! Rano pojechałam do moich rodziców i powiedziałam im, że wyczuwam guza w piersi. Mama strasznie się wtedy rozpłakała…. Tata tylko mnie przytulił. Sama też się popłakałam w ramionach taty, ale myślę, że to wypłakanie było mi wtedy potrzebne, żeby wyrzucić z siebie te pierwsze emocje.

W poniedziałek, zaraz po pracy, pojechałam do lekarza. Spodziewałam się tego, co od niego usłyszę. Pan doktor zrobił mi badanie palpacyjne oraz USG i powiedział, że według niego ta zmiana, to nowotwór złośliwy. Poinformował mnie o tym bardzo rzeczowo – nie starał się mnie pocieszyć, przekazywał wyłącznie suche fakty diagnozy. Z resztą później też tak się do mnie odnosił, ale od takiego głaskania zdecydowanie wolałam rzeczową informację i fakty. Zapytałam go o możliwości leczenia i znów dostałam bardzo rzeczową odpowiedź – według niego najlepszą opcją było leczenie chirurgiczne w pierwszej kolejności, a następnie chemioterapia i radioterapia. Zgodziłam się na to od razu, bo jak wspomniałam, jestem człowiekiem czynu, więc nie chciałam chodzić po innych lekarzach, dowiadywać się, czy jest jakaś inna droga. Po prostu wiedziałam, że trzeba to usunąć i się tego pozbyć. Ta pierwsza diagnoza mocno mną wstrząsnęła, pomimo że byłam na nią przygotowana. Gdy lekarz przedstawił mi plan leczenia jeszcze przez łzy zapytałam go, czy podczas chemioterapii wypadną mi włosy. „Oczywiście, ale potem odrosną jeszcze ładniejsze” – usłyszałam w odpowiedzi. Jeszcze na  tej samej wizycie podjęłam decyzję, że poddam się operacji i poprosiłam o zapisanie mnie na nią, na najbliższy termin. Lekarz zapisał mnie pod koniec lipca. Następnego dnia po wizycie wykonano mi biopsję gruboigłową. Z wynikiem zrobionego jeszcze na pierwszej wizycie USG piersi, pojechałam do mojej koleżanki, która była lekarzem na oddziale onkologicznym w innym mieście. Chciałam się jej poradzić, usłyszeć, że nie ma co panikować, bo wyniki biopsji mogą wykazać coś innego. Jednak ona ledwo zerknęła na wynik i powiedziała, że od razu zapisze mnie na pierwszą chemię, żebym po operacji nie musiała czekać nie wiadomo ile czasu. Wyliczyła, że skoro operację mam mieć 27 lipca, to pierwszą chemię powinnam przyjąć 20 sierpnia. Więc zanim jeszcze przyszły wyniki biopsji, to już miałam zaplanowane dalsze leczenie!

Czekałam 21 dni na wyniki biopsji. To był szczególnie trudny dla mnie czas, nigdzie nie mogłam sobie znaleźć miejsca, starałam się tak zorganizować czas, aby o tym nie myśleć. Kiedy poszłam odebrać wyniki, pielęgniarka podała mi je drukiem do dołu, żebym nie widziała, co jest tam napisane i żebym tylko podpisała odbiór. Nie byłabym sobą, gdybym najpierw nie zerknęła i w tamtej chwili pomyślałam sobie „po co ja tak dobrze znam tę łacinę?!”. Dokładnie wiedziałam, co tam jest napisane – rak piersi. Złośliwy. Język łaciński znałam stąd, że chodziłam do liceum medycznego, gdzie był nacisk na jego naukę. W tamtej chwili zaczęły mnie bombardować miliony pytań – czym rak piersi jest, co oznacza mój podtyp, czyli HER2+, czy są jeszcze jakieś inne? Nie szukałam dodatkowych informacji, ani innych sposobów leczenia. Zupełnie zaufałam w tym temacie lekarzowi. Nie chciałam sobie zaprzątać głowy różnymi informacjami, zwłaszcza że w sieci łatwo było natrafić na niesprawdzone informacje, nie było takich kampanii edukacyjnych, jakie są teraz.

Pomimo tych pytań wynik odebrałam z kamienną twarzą, ale kiedy wyszłam z budynku, wszystkie emocje się ze mnie wylały. Po prostu stałam i płakałam. Jakaś pani, która właśnie przechodziła obok, zatrzymała się koło mnie i powiedziała: „Dziecko, nie płacz! Cokolwiek się stało, to da się naprawić, to da się wyleczyć!”. W tamtej chwili podniosło mnie to na duchu. Do momentu, w którym nie wsiadłam do samochodu i wszyscy bliscy zaczęli do mnie dzwonić. Najpierw zadzwoniła mama i z nadzieją w głosie zapytała o wyniki. Kiedy usłyszała, że mam złośliwego raka piersi, popłakała się. Ja też płakałam – w ciągu tej rozmowy i wielu kolejnych. Jako ostatni zadzwonił do mnie lekarz. Bardzo mnie to zdziwiło, bo wiedziałam, że w tym czasie był na wczasach i nie przyszło mi do głowy, że będzie o mnie pamiętał! Powiedział, że przez Internet zobaczył mój wynik i tak jak się umawialiśmy, mam stawić się na operację. Poinstruował mnie jeszcze, że dwa dni przed moim przyjęciem do szpitala zadzwoni pielęgniarka i powie, jak mam się przygotować. Wracając do domu płakałam, tak mi łzy leciały, że prawie nic nie widziałam. Kiedy dojechałam do domu, posiedziałam chwilę w samochodzie, uspokoiłam się i stwierdziłam, że przecież muszę się jakoś przygotować, bo niedługo idę na operację! Więc pozamykałam w pracy różne tematy, to co mogłam, przełożyłam i przygotowałam wszystkich na to, że po operacji przez jakiś czas mnie nie będzie. Dokupiłam sobie to, co było mi potrzebne na pobyt, w tym jakieś krzyżówki, gazety, żeby móc czymś zająć myśli. Pomyślałam nawet o zatyczkach do uszu, bo nie lubię, jak ktoś chrapie, a przecież nie wiedziałam, z kim będę w pokoju. Starałam się także przygotować męża na różne scenariusze, np. podpowiadałam, żeby wynajmował mieszkanie do czasu aż syn nie wyjdzie na studia. Chciałam po prostu pozamykać wszystkie rzeczy.

Przed operacją miałam chwilę wątpliwości. Rozmawiałam wtedy z mężem i zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens na nią iść? Bo co jeśli przeprowadzą zabieg, potem np. pół roku pocierpię, a potem i tak umrę? I mój mąż w pewnym momencie nie wytrzymał i mówi „Kasiek! Jak ty marudzisz! Ty idź już na tę operację!”. Pozwoliło mi to otrząsnąć się i  dalej działać! Do szpitala na operację pojechałam już bez żadnych wątpliwości. Wiedziałam co mnie czeka – chirurg onkolog powiedział mi wcześniej, że jeśli będzie to możliwe, to przeprowadzi zabieg z jednoczesną rekonstrukcją piersi. Chociaż szczerze powiedziawszy już nie było to dla mnie takie istotne – mówiłam sobie, że to tylko pierś, najważniejsze jest przecież życie i żeby nowotworu już we mnie nie było! Podczas operacji pierś udało się uratować.

Pierwszą chemię przyjęłam po otrzymaniu wyniku biopsji pooperacyjnej. Bardzo źle ją zniosłam – czułam się słabo, nie miałam na nic siły. Nie wiedziałam, co robić i jedyne co mi przyszło do głowy, to poradzić się chirurga onkologa, który przeprowadzał operację. I bardzo się z tego cieszę, że do niego poszłam, że powiedziałam o swoim samopoczuciu, dzięki czemu uniknęłam może jeszcze większych nieprzyjemności. Chirurg skierował mnie do chemioterapeuty, który zaproponował, żebym już drugą chemię wzięła we Wrocławiu, skąd miałam bliżej do domu, więc przystałam na jego propozycję. Jak się okazało – była to bardzo dobra decyzja, bo każdą kolejną chemię znosiłam coraz gorzej. Po chemii słabłam z godziny na godzinę. Trudnym dla mnie momentem była utrata włosów, zaraz po pierwszej chemii. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przygotowała się i na tę okoliczność – ścięłam włosy na krótko, kupiłam sobie piękną perukę i kolorowe turbany. Kiedy przyszedł ten moment, brałam wtedy wieczorny prysznic i jak zwykle podczas tej czynności chciałam sprawdzić jak się trzymają (nomen omen) moje włosy. Zwykle pociągałam je lekko i nawet dziwiłam się, że  tak mocno się trzymają. Tego dnia włożyłam palce między włosy i jak odjęłam dłoń od głowy, to został na niej gruby pukiel włosów. Powtarzałam to wielokrotnie i za każdym razem wyciągałam kolejne  garści włosów… od tych włosów spływających z wodą, zatkało mi się sitko w odpływie, musiałam wyciągnąć te włosy i wrzucać je do toalety… i to był chyba najgorszy moment, dlatego tak dokładnie zapamiętałam, kiedy to się stało – 31 sierpnia. Następnego dnia, już w peruce, pojechałam do mojej kuzynki, która jest fryzjerką. Zanim jednak powiedziałam, z czym do niej przyjechałam, poprosiłam, żebyśmy zostały same, a ona zaczęła się śmiać: „Kaśka! Ty jak coś wymyślisz! Pewnie chcesz, żebym Ci z jednej strony włosy wygoliła, a na czubku postawiła irokeza? Chcesz pewnie wszystkich zaszokować!”. Kiedy jednak ściągnęłam perukę, już nie było nikomu do śmiechu. Powiedziałam jej, że biorę chemię, z powodu raka piersi i poprosiłam, żeby ogoliła mi resztę włosów z głowy. Ona goliła mi głowę a ja płakałam… z początku myślała, że płaczę z powodu utraty włosów i starała się mnie pocieszyć, ale jak się strzyże skórę głowy po chemii, to ona strasznie boli. Włosy odrosły mi jednak szybko, bo już w marcu, ale ścięłam je ponownie, żeby nie mieć siwych.

Pomimo tego, że każdą kolejną chemię znosiłam gorzej, starałam się nie narzekać, że źle się czuję, że coś mi dolega. Miałam natomiast wahania nastrojów i wszystko mnie denerwowało. Nawet kiedyś w nerwach powiedziałam mamie, że przeszkadza mi, że tak często dzwoni! Więc potem przestała. W całej chorobie odwiedziła mnie tylko raz. Nie miałam jej tego za złe, jak wspominałam – nie lubię się nad sobą użalać i nie potrzebuję głaskania. Dopiero dużo później mama powiedziała mi, że ciężko było im, jako rodzicom, patrzeć na chorobę dziecka. Z perspektywy czasu myślę, że to oni najbardziej ucierpieli na mojej chorobie, a także mój mąż i syn, a nie ja. Rodzice ciągle to przeżywają, cały czas moja choroba żyje w ich świadomości, bo jestem ich jedynym dzieckiem. I nie ważne, że mam pięćdziesiąt lat, bo cały czas jestem ich dzieckiem. Mąż przeżywał to na swój sposób, ale wiadomo – mężczyźni są bardzo skryci. Często mnie pytał, jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuję, ale znamy się tak dobrze, że wiedział, kiedy odpuścić, kiedy do mnie nie dzwonić – bo mieszkaliśmy w różnych miastach – ja we Wrocławiu, on w Głogowie. Syn, jest  jedynakiem. Myślę, że gdyby miał rodzeństwo, kogoś, z kim mógłby porozmawiać na ten temat, byłoby mu łatwiej. Gdy zachorowałam miał 17 lat – to trudny wiek dla młodego chłopca, a on był dodatkowo obciążony różnymi emocjami, strachem, że jego mama umrze, musiał zmienić szkołę i kolegów, bo gdy zaczynałam chemię, przeprowadziliśmy się do Wrocławia. Teraz jest już dorosłym mężczyzną, ale myślę, że w związku z tym strachem o mamę, kilka lat życia mu przemknęło. Oprócz moich bliskich wspierała mnie firma, w której wtedy pracowałam. Już dzień po usłyszeniu diagnozy, powiedziałam koleżankom oraz szefowi, że mam nowotwór i nie wiem, jak to wszystko się skończy, że mogę to różnie znosić, być w gorszym nastroju, popłakać się, więc żeby wiedziały, jaki jest powód. Z kolei gdy tak niecierpliwie czekałam na wynik biopsji, firma starała się zorganizować mój czas tak, żebym o tym za dużo nie myślała, więc zabierali mnie na różne obiady, kolacje, eventy, żebym ciągle miała czymś zajętą głowę. Z resztą pracowałam także, gdy przyjmowałam chemię, gdy się źle czułam, praca była dla mnie oknem na świat. Nie chciałam z tego zrezygnować, bo praca dodawała mi siły.

Ostatnią chemię przyjęłam w październiku, a tydzień później rozpoczęłam radioterapię. Nie chciałam rozpoczynać kolejnego etapu leczenia po chemii, po której czułam straszne zmęczenie, ale kiedy poszłam na pierwszą radioterapię i pani w rejestracji zapytała mnie, czy nie chciałabym jednak rozpocząć leczenia nieco później, żeby nie chodzić na wizyty w czasie Świąt Bożego Narodzenia, odmówiłam. Pomyślałam wtedy: „Po co mam czekać, jak następnych świąt mogę nie dożyć?”. Ta myśl postawiła mnie na nogi i pomimo zmęczenia poszłam na radioterapię zgodnie z planem – przyjęłam w sumie 35 lamp, ostatnie 21 stycznia. Potem przyszedł czas na hormonoterapię – najpierw w formie zastrzyków, a potem tabletek. Hormonoterapia też miała na mnie duży wpływ. Ciągle nawracające endometrium, doprowadziło do usunięcia narządów rodnych, oczywiście za zgodą konsultant ds. onkologii w województwie dolnośląskim. Tabletki przyjmowałam wg obowiązującego systemowego leczenia –  5 lat, podczas których miałam wizyty kontrolne u onkologa co pół roku. Obecnie takie wizyty odbywam raz na rok, a moje wyniki badań są w porządku, A ja skacze z radości! Jestem zdrowa!

Choroba była dla mnie pewnym etapem, który chciałam zamknąć i zostawić za sobą, zacząć życie od nowa. Dlatego też zrezygnowałam z pracy w firmie, która co prawda bardzo mnie wspierała, ale patrzono tam na mnie jak na osobę chorą nawet po wyleczeniu. Kolejnej nie podjęłam od razu – zrobiłam sobie rok przerwy, żeby wyjechać za granicę, trochę pozwiedzać i oczyścić głowę. Pozamykałam także pewne relacje, które jeszcze przed chorobą nie do końca się układały. Teraz, jeśli ktoś mi nie odpowiada z jakiegoś powodu, to nie męczę się z nim na siłę. Nie wszystkie sprawy chciałam jednak zostawić za sobą, ale skupiłam się na nich jeszcze bardziej i daje z siebie 100%! Mówię oczywiście o sporcie! Nadal biegam, biorę udział w maratonach, a za rok chcę pobiec w maratonie w Nowym Jorku! Po wyleczeniu stwierdziłam także, że nie chcę być już tylko biernym uczestnikiem sportowych aktywności, ale chcę służyć innym swoją wiedzą i sportowym doświadczeniem. Ukończyłam kurs i mam już certyfikat  instruktorka zdrowego kręgosłupa oraz certyfikat medycznego trenera personalnego – chcę zajmować się kobietami po mastektomii i operacjach podbrzusza. Idę dalej i jestem w trakcie robienia kursu instruktora piloxingu (połączenie boksu, pilatesu i muzyki). Oprócz sportu zostało mi jeszcze przyzwyczajenie do regularnych badań, ale można powiedzieć, że i te ulepszyłam, bo raz do roku robię sobie prezent i wykonuję kompleksowe badania. Ciągle także występuję na małych i dużych scenach, należę do Teatru Galerii Osobowości we Wrocławiu, co roku szykujemy kolejne wielkie show taneczne. W planie mam też zrobienie swojego małego recitalu… zaproszę Was!

Dlaczego swoją historię zaczęłam od biegu w więzieniu? Kiedy ma się taki duży problem, jak wyrok, jak choroba nowotworowa, często zdarza się, że osiągamy dno – czujemy niemoc lub strach, żeby coś z nim zrobić. Ale kiedy odbijemy się od tego dna, zajmiemy się tym problemem, to wtedy inaczej spojrzymy na życie. Ja swój problem rozwiązałam, jestem zdrowa, teraz inaczej patrzę na świat – dostrzegam, jaki jest piękny, widzę rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam, a każdą minutę dzielę na czworo i gospodaruję sobie tak dzień, żeby cały czas coś robić, uczyć się nowych rzeczy.

Zaczęłam nawet pisać książkę o doświadczeniu, jakim jest choroba. Chciałabym poprzez nią przekazać, że choroba owszem, to duży problem, ale  trzeba przez to przejść, że nie warto narzekać, ale zawalczyć. Żeby nie zapominać o swojej kobiecości, bo choroba tego nie odbiera, kobiecość jest w nas i warto ją pielęgnować – robić sobie piękny makijaż, nosić kolorowe turbany, fajne dodatki, bo same poczujemy się lepiej. Myślę, że ważna jest świadomość, że rak piersi jest chorobą, jak każda inna, z którą trzeba się zmierzyć. Najważniejsze jest to, że jest wyleczalna! Ważne jest także znalezienie czegoś, co będzie motywatorem – każdy może mieć przecież inny! Dla mnie to był mój syn, a później – taka ciekawość świata, że jest tyle rzeczy, które chciałabym zrobić, poukładać życie na nowo, spróbować  czegoś nowego. Dlatego, gdy powoli wychodziłam z choroby, zaczęłam robić plany i listę marzeń (w głowie, bo zeszytu by mi zabrakło!). Mam ich tyle, że wystarczą mi co najmniej do 90-tki! Moim ogromnym marzeniem jest pojechanie na wycieczkę dookoła świata, ale mam także takie proste i zwyczajne marzenie, jak kupić sobie większe mieszkanie, żebym mogła do niego wstawić biały fortepian, bo  tak – takie jest może marzenie. Taka lista marzeń jest bardzo pomocna i nie ważne, czy są to ogromne marzenia, czy malutkie, czy na teraz, czy na za kilka lat – bo one dają wiele powodów, dla których warto podjąć próby rozwiązania swojego problemu!

Do zobaczenia ze sceny lub na zajęciach sportowych!
Katarzyna GN

Organizatorzy

Partner merytoryczny

@ 2019 Copyright Roche Polska Sp. z o.o., ul. Domaniewska 39 B, 02-672 Warszawa. Wszelkie prawa zastrzeżone.