Rak w małym mieście

Historia Barbary

Nazywam się Barbara, mam 50 lat i pochodzę z Sokółki – małej miejscowości w województwie podlaskim. Chciałam Wam opowiedzieć o raku piersi z perspektywy mieszkańca małej miejscowości. Mam nadzieję, że moja historia będzie wsparciem dla kobiet w podobnej sytuacji, w środowisku, w którym rak piersi nadal pozostaje tematem tabu, które czują się samotne lub niezaopiekowane. Mam nadzieję, że znajdziecie w niej źródło siły, motywację do podjęcia działania oraz nadzieję na lepsze jutro.


Podczas sobotniej kąpieli, 13 lipca 2019 roku, wyczułam pod pachą taki mały guzek. Był ledwo wyczuwalny, ale już wzbudził mój niepokój. Jestem osobą związaną z medycyną – pracowałam jako analityk medyczny w laboratorium, więc miałam wiedzę i czujność na niektóre objawy. Dodatkowo od 20 lat byłam pod opieką chirurga onkologa i nie zaniedbywałam regularnych badań – mammografii, USG, badań krwi i wszystkie wyniki zawsze były prawidłowe. Pomimo tego, ten guzek tak mnie zaniepokoił, że jeszcze tego samego dnia pobiegłam do laboratorium, aby zrobić sobie badania krwi, jednak nie wykazały one, żeby coś było nie tak. . I pewnie dałabym temu spokój, gdyby nie to, że ten guzek bardzo szybko zaczął się rozwijać i wyczuwałam go coraz wyraźniej. 

Z jednej strony łatwiej było mi znieść moment ponownej diagnozy, ale z drugiej świadomość, że mam raka sprawiła, że popadłam w taką bezradność. Siedziałam sama w domu zdana całkiem na siebie… Co prawda na początku leczenia był ktoś, kto mi towarzyszył, ale nie każdy dźwignie problem w tej chorobie – ktoś pojawia się i znika, no cóż – są takie sytuacje. Przeżywanie choroby samemu jest bardzo trudne, trzeba wszystko robić samodzielnie, zadbać samemu o siebie. Dużo kobiet ma to szczęście, że po usłyszeniu diagnozy wraca do domu, gdzie jest mąż, rodzice i inni krewni, wszyscy siadają i debatują, co robić, gdzie jechać, do kogo się udać, jak ewentualnie pozyskać środki na leczenie. Niektórzy stają też na wysokości zadania i pomagają szukać informacji na temat raka, sposób leczenia itp. Mnie tego bardzo brakowało – sama nie szukałam żadnych informacji, bo bałam się, że natrafię

Z jednej strony łatwiej było mi znieść moment ponownej diagnozy, ale z drugiej świadomość, że mam raka sprawiła, że popadłam w taką bezradność. Siedziałam sama w domu zdana całkiem na siebie… Co prawda na początku leczenia był ktoś, kto mi towarzyszył, ale nie każdy dźwignie problem w tej chorobie – ktoś pojawia się i znika, no cóż – są takie sytuacje. Przeżywanie choroby samemu jest bardzo trudne, trzeba wszystko robić samodzielnie, zadbać samemu o siebie. Dużo kobiet ma to szczęście, że po usłyszeniu diagnozy wraca do domu, gdzie jest mąż, rodzice i inni krewni, wszyscy siadają i debatują, co robić, gdzie jechać, do kogo się udać, jak ewentualnie pozyskać środki na leczenie. Niektórzy stają też na wysokości zadania i pomagają szukać informacji na temat raka, sposób leczenia itp. Mnie tego bardzo brakowało – sama nie szukałam żadnych informacji, bo bałam się, że natrafię na negatywne scenariusze, nie chciałam się dołować.

Tak bardzo bałam się szukać, a nikogo nie było obok, kto by pomógł odcedzić te informacje. Też nie byłam operatywna, żeby szukać w Internecie, nikt też jakoś się nie domyślił, żeby mi w tym pomóc… Było mi po prostu bardzo przykro, że jestem zdana na siebie. Ktoś ze znajomych radził, żebym jechała na leczenie do Gdańska, ale jak miałam tam jechać? Sama? Czym? Kto by się mną zaopiekował na miejscu? Miałam wiele pytań i wątpliwości, zupełnie nie wiedziałam, gdzie dalej się udać i co zrobić. Brakowało mi  wtedy po prostu takiego kierunkowskazu , nawet zwykłej kartki od lekarza, co dalej?

Aż przyszedł moment, że stwierdziłam, że muszę jakoś żyć dalej z tym co mam. W dniu, w którym usłyszałam diagnozę, czyli 19 sierpnia 2019 r., zaczęłam prowadzić dziennik, w którym na samym początku umieściłam cytat z Ojca Pio: „Nie załamujcie się, pozostańcie w łódce, w której umieścił Was Pan, a gdy nadejdzie burza, Jezus nie pozwoli Wam zginąć”. Te słowa do dzisiaj napawają mnie otuchą, a wtedy – no cóż – postanowiłam wsiąść na tę swoją łódkę i popłynąć przed siebie, zobaczyć, gdzie mnie los zaprowadzi.

Po potwierdzeniu diagnozy w Białostockim Centrum Onkologii odbyło się konsylium, podczas którego ustalono, że moje leczenie rozpocznie się od chemioterapii, a pierwszą z nich miałam przyjąć we wrześniu. Jednak zanim ją rozpoczęłam, czekała mnie wizyta u pani doktor onkolog. I kiedy tak czekałam w domu na nadejście terminu wizyty, bezradna i przestraszona tym co mnie czeka, przyszła do mnie w odwiedziny koleżanka, która jest lekarzem. Kiedy dowiedziała się, że mam HER2+ raka piersi powiedziała, że w związku z tym podtypem, powinnam przyjąć taki nowy lek, który ogranicza rozwój tej choroby, tzw. podwójną blokadę i kazała mi o nią koniecznie zapytać lekarza. Jednak w tamtym czasie ten lek był nierefundowany, wiedziałam, że nie chcę i nie dam rady zbierać na niego funduszy. Z jednej strony to była szansa, ale z drugiej czułam, że nie mogłabym prosić nikogo o pomoc finansową. I znów zbieg okoliczności sprawił, że w tamtym okresie było tak dużo inicjatyw podejmowanych przez osoby chore i różne fundacje, aby innowacyjne leczenie było dostępne także dla kobiet chorych na raka piersi w Polsce! Poczułam, że też chcę coś zrobić – dołożyć cegiełkę do tych działań, na tyle ile mogłam! To był taki czas, gdy leżałam słaba w łóżku, nie bardzo mogłam się podnieść, a moim oknem na świat był tylko telefon. Najpierw poprzez facebooka zachęcałam ludzi, aby podpisywali petycje o dostęp do terapii, a później odważyłam się założyć konto na Instagramie rak.w_malymmiescie, gdzie też zachęcałam ludzi do podpisów, a jednocześnie przedstawiałam tam swoją historię zmagań z rakiem piersi.

Oczywiście gdy poszłam już do pani doktor od razu zapytałam ją o podwójną blokadę. Usłyszałam, że pani doktor sama chciała mi ją zaproponować. Jedynym moim zmartwieniem były te nieszczęsne finanse na to leczenie, nawet miałam nadzieję, że w ramach przerzutów będę mogła wejść w bezpłatny program, bo co prawda ministerstwo zdrowia poinformowało, że ta metoda będzie refundowana, ale Białostockie Centrum Onkologii nie miało jeszcze zgody na uruchomienie tego programu. Nawet myślałam, że jak będę miała zbierać jakieś pieniądze, to trudno, nie zrobię tego, poddam się, wezmę jakieś inne leczenie – co ma być, to będzie. Jednak pani doktor uspokoiła mnie, że w moim przypadku jest jeszcze czas, bo najpierw zaczniemy od czterech cykli chemii czerwonej, a po tym czasie już na pewno ten program będzie też możliwy w BCO. Wytłumaczyła mi też, że zaczynamy od chemioterapii, bo HER2+ jest takim podtypem, który szybko się rozrasta i trzeba go zahamować. A u mnie ten nowotwór bardzo szybko rósł i już miał przerzuty, więc trzeba było to zatrzymać – i ja to zupełnie rozumiałam.

Rozpoczęłam pierwszy cykl chemii czerwonej, a po niej, tak jak zapewniała pani doktor, udało mi się wejść w program, aby otrzymać podwójną blokadę!  Miałam dużo szczęścia, bo dziewczyna, która leżała obok mnie w szpitalu, taka młodziutka, dużo młodsza ode mnie i bez przerzutów nie weszła w ten program i musiała zbierać środki na to leczenie. I w ciągu tygodnia uzbierała 120 000 zł! Byłam w szoku i znów tak sobie pomyślałam o kobietach z tych mniejszych miejscowości – jak moja lub jeszcze mniejszych, gdzie nie ma szans na uzyskanie takich środków. Ludzie w takich miejscowościach nie są zamożni i pomimo wielu akcji uświadamiających (prowadzonych nawet u nas w Sokółce), wciąż wydają się nie być oswojeni z tematem chorób przewlekłych, dla nich to nadal w większości tematy tabu.

Na pierwszą chemię jechałam we wrześniu – była wtedy taka piękna pogoda! Ciepło, świeciło słońce, drzewa były kolorowe, a ja byłam pewna, że nie dożyję do wiosny i żegnałam się z tym światem, tymi kolorami. Tymczasem w marcu 2020 r. przyjęłam ostatnią chemię! Bo najpierw przyjęłam 4 cykle chemii czerwonej, a potem 12 białych. I nie sądziłam, że te 7 miesięcy tak szybko mi upłynie! Oczywiście w trakcie chemii straciłam włosy, ale pani doktor mnie na to przygotowała – powiedziała, że po pierwszej, zaczną mi wypadać, a miałam takie piękne i gęste. I rano, dzień po pierwszym podaniu, jak sprawdzałam te włosy, to jeszcze nic się z nimi nie działo, a już wieczorem zostały mi w garści! Następnego dnia poprosiłam znajomego, żeby całkiem zgolił mi głowę. Już bez włosów zrobiłam sobie makijaż i wstawiłam swoje zdjęcie na Instagramie – z uśmiechem. Napisałam wtedy, że nie mam wyboru, co do włosów, musiały mi wypaść, ale mam wybór, jaką mogę mieć minę w tym momencie – i wybrałam uśmiech. Ludzie bardzo pozytywnie zareagowali na ten mój wpis, otrzymałam naprawdę budujące wsparcie – pisali, że pięknie wyglądam, mam piękną głowę i faktycznie – poczułam się piękna! Utrata włosów nie była zatem dla mnie jakąś dużą traumą. Taką traumą naprawdę było, jak pani doktor (zanim straciłam włosy) wypisała mi

receptę na perukę. Pojechałam do sklepu w Białymstoku, w którym podjęłam leczenie i zaczęłam oglądać te peruki, chusty. Przymierzyłam jedną z chust, już taką zawiązaną i jak na siebie spojrzałam, to mi łzy popłynęły. Owszem – kupiłam, bo nie chciałam chodzić zupełnie bez niczego, ale jak wracałam ze sklepu, to było mi tak strasznie smutno. Już w domu nauczyłam się różnych wiązań – na szalach i tych chustach, i każdy mi mówił, jak ładnie w nich wyglądam.

Potem kupiłam jeszcze syntetyczną perukę, ale było mi w niej bardzo niewygodnie i nie wyglądała dobrze. Wtedy zrządzeniem losu moja znajoma podała mi link do fundacji Rak’n’Roll, z której mogłam dostać perukę z naturalnych włosów! Bardzo się ucieszyłam – jechałam po nią aż do Wrocławia! Peruka była jeszcze nieobrobiona, więc musiałam pojechać do fryzjera, który ją odpowiednio przystrzygł – żeby przypominała moją naturalną fryzurę, a koleżanka ją dla mnie przefarbowała. Kiedy siedziałam w jej salonie, a ona farbowała mi tę perukę na manekinie, były godziny popołudniowe i byłam pewna, że już nikt nie przyjdzie. A tu drzwi się otwierają i wchodzi dziesięcioletnia dziewczynka z mamą. Ja szybko zakryłam głowę, żeby jej nie wystraszyć, mówię, że zaraz im wytłumaczę, dlaczego jestem łysa, a ta dziewczynka patrzy na mnie z uśmiechem i mówi: „Wiem proszę Pani. Ja się nie boję. Przyszłam właśnie ściąć włosy na fundację Rak’n’Roll”. To było takie niesamowite, takie budujące! Zrobiłam z tego relację i opisałam całą sytuację – z prośbą, aby właśnie nie wyrzucać tych ściętych włosów, tylko przekazywać na fundację, bo to jest bardzo ważne dla osób chorych onkologicznie, którym ta fundacja pomaga.

Podczas przyjmowania chemii miewałam różne momenty – z jednej strony choroba mnie bardzo wyciszyła, ale z drugiej chemia sprawiła, że miałam problemy z emocjami. Nie radziłam sobie z nimi, a one podsycały różne niepewności, np. podczas leczenia pobierali mi biopsję, po której mieli jakieś wątpliwości, a ja wbijałam sobie do głowy, że te wątpliwości oznaczają, że jest bardzo źle. Na jednej z wizyt poruszyłam ten temat z panią onkolog, która wytłumaczyła mi, że takie podsycone emocje to częsty efekt chemioterapii, że bardzo różnie ludzie na nią reagują i że to zupełnie normalne. Przepisała mi leki, które miały wyciszyć te emocje i naprawdę mi pomogły! Patrząc na to wstecz cieszę się, że porozmawiałam z nią o tym co mnie męczyło, z czym sobie nie radziłam, bo okazało się, że jest na to rozwiązanie. A gdybym tłumiła te emocje w sobie? Byłoby jeszcze gorzej! Dlatego każdemu będę powtarzała, że warto jest konsultować się ze swoim lekarzem i to nawet w tak niepozornej kwestii jak przyjmowanie suplementów czy picie ziół – są różne podtypy nowotworów i może się okazać, że przy takim nie powinno się pić jakichś ziół, bo mogą nam tylko zaszkodzić. Przekonałam się, że warto rozmawiać i mówić głośno o swoich potrzebach – tego m.in. nauczył mnie rak piersi. W zasadzie ciągle się tego uczę – pod okiem psychologa, bo stwierdziłam, że chcę nauczyć się żyć na nowo – wcześniej żyłam schematami, że nic nie mogę, bo tak zostałam wychowana, ale okazało się że dużo mogę i to sama! Wcześniej, w BCO, korzystałam z pomocy psychoonkologa, ale ze względu na to, że mieszkałam daleko i wizyty odbywały się tylko raz na miesiąc, zmieniłam go na psychologa. Nie ma co się wstydzić i zamykać się na taką pomoc, bo to specjaliści, którzy są po to, aby nam pomóc!

Ale takiej otwartości, aby rozmawiać o raku piersi, aby prosić o pomoc, trzeba się nauczyć. Kto mieszka w małej miejscowości ten wie, że środowisko jest tu dość hermetyczne – każdy zna każdego i każdy o każdym wszystko wie. Nigdy nie miałam z tym problemu, ani z kontaktem z sąsiadami. Jednak kiedy zachorowałam zauważyłam, że ludzie zaczęli mnie unikać, przestali ze mną rozmawiać i zaczęły się pojawiać różne plotki na mój temat. Wiedzieli, że byłam chora na raka piersi – nigdy nie robiłam z tego tematu tabu i doszłam do wniosku, że odsuwają się ode mnie, bo nie wiedzą, jak się zachować, o czym ze mną rozmawiać. Gdy na dość wczesnym etapie choroby źle się czułam z powodu chemioterapii i poszłam na zwolnienie lekarskie usłyszałam, że skoro teraz – gdy nic się nie dzieje – poszłam na zwolnienie – to co dopiero będzie potem, jak naprawdę zachoruję? Czyli widząc mnie – jak chodziłam w peruce, umalowana, ładnie ubrana (robiłam to dla siebie, żeby dobrze się czuć) wywnioskowali, że tak naprawdę nic się nie dzieje, skoro tak dobrze wyglądam.

To był moment, gdy powiedziałam dość! Miarka się przebrała! Dość tych plotek! Muszę tych ludzi uświadomić, czym jest rak piersi, jakie są potrzeby chorych i jak z nimi rozmawiać! I pierwszym krokiem w tym kierunku było wstawienie przeze mnie na facebooku zdjęć z sesji zdjęciowej, którą zrobiłam sobie na urodziny. Napisałam przy nich post, że cieszę się, że zrobiłam sobie taki prezent, z którego mam pociechę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie ktoś lub coś i wyłączy światło w naszym życiu. Dałam tym samym taki pierwszy sygnał, że coś się dzieje.

Okazało się jednak, że nikt mojego wpisu nie zrozumiał – wszyscy zachwycali się zdjęciami, nikt nie przeczytał tego co napisałam. Nawet ucieszyłam się, że wstawiłam taki post na próbę, bo jakbym napisała od razu, że choruję, to większość osób przegapiłoby tę informację. Nauczona tym doświadczeniem, wstawiłam drugi post, już bez zdjęć, ale który zatytułowałam: „WITAM SERDECZNIE, PRZECZYTAJCIE TO DO KOŃCA, BO JEST TO DLA MNIE WAŻNE!”. Okazało się, że tym skupiłam ciekawość. Poinformowałam w tym wpisie wszystkich, że jestem chora, że jestem sama i sama muszę sobie radzić – ludzie szybko zareagowali i pisali do mnie wiadomości z życzeniami zdrowia, słowami wsparcia – czyli przestali mnie ignorować.

 Zaczęłam więc głośno komunikować o swoich potrzebach, nie wstydzę się przyznać „tak, mam nowotwór” i odkąd dużo o nim mówię, to zdarza się, że nawet obcy ludzie podchodzą do mnie i mówią mi wiele wspierających rzeczy. Wiele razy też usłyszałam, że jestem silna – ale nie lubię tego słowa, dla mnie jest puste, bo czy naprawdę – my chore – musimy być silne? Ja np. potrzebuję właśnie troski, uwagi, nie chcę być kobietą z żelaza, mogę mieć gorsze momenty i nie zamykać się na tę pomoc. Nabrałam już tej odwagi, aby o tym mówić, w końcu zdałam sobie sprawę, że ja też zasługuję, tak jak wszyscy, na szczęście, radość, pomoc, mam prawo do własnych słabości i złych humorów, nie muszę się z tym ukrywać w domu i płakać po kątach, ale mogę w końcu powiedzieć o tym głośno „Tak, dzisiaj mam ciężki dzień. Nie daję sobie rady. Może ktoś mnie pocieszy?”. Powiedziałabym zatem, że odkrywam w sobie piękne strony dziecka.

To mówienie o chorobie zaowocowało tytułem osobowości roku 2019 w plebiscycie Sokoły 2019 roku. Jestem bardzo wdzięczna za tę nominację, która jest dowodem na to, że warto jest głośno łamać stereotyp raka piersi jako choroby śmiertelnej, a tym samym wspierać wszystkich w małych miejscowościach!

Myślę, że dla takich osób samotnych lub po prostu z małych miejscowości, ważne jest, aby znaleźć coś, co pomaga. To może być cokolwiek – malowanie, czytanie, pisanie, spacery, itp. W moim przypadku dużym wsparciem było Pismo Święte i książki o tematyce religijnej, ale źródło siły znalazłam także w kontaktach z innymi ludźmi. Jestem przekonana o tym, że gdybym po diagnozie zamknęła się w domu, w którym mieszkam sama, to całkiem bym się rozłożyła. Jeśli nie ma ujścia emocji, nie ma kontaktów, w których można dać im upust, to bardzo łatwo jest stracić kontrolę nad chorobą. Psychika i emocje są strasznie ważne w leczeniu, dlatego trzeba o nie dbać szczególnie! Bardzo dużo kontaktów nawiązałam właśnie z osobami, które chorują lub chorowały – w szpitalu lub poprzez facebooka czy instagramam, gdzie pisały do mnie wiadomości prywatne czy komentowały zdjęcia.

Żyjemy w XXI wieku, nie musimy zamykać się tylko na ludzi z naszego sąsiedztwa – mamy wiele okien na świat! Jeśli ktoś ma problem, aby w szpitalu nawiązać kontakt z kimś innym, równie dobrze, może poszukać wsparcia na forach poświęconych rakowi piersi. Warto poszukać osoby, która miała lub ma ten sam podtyp – bo to ogromne źródło wsparcia i wiedzy, więc nie warto zamykać się na te kontakty.

Choroba pozwoliła mi zwolnić. Wcześniej dużo pracowałam – w dwóch laboratoriach, z czego musiałam zrezygnować ze względu na stan zdrowia. Nawet ośmielę się powiedzieć, że jestem wdzięczna, że choroba pojawiła się w moim życiu, bo dalej nie widziałabym ani słońca, ani księżyca, tylko drogę na wprost w samochodzie. Wszystkie dni i noce praktycznie spędzałam w pracy, kosztem życia osobistego, relacji z rodziną – teraz, w chorobie, nasze relacje w cudowny sposób się odbudowują, więc postanowiłam nie tracić czasu na pracę. Może kiedyś znów się jakiejś podejmę, ale nic na siłę i nie kosztem siebie i relacji z innymi. Teraz śmieję się, że potrafię żyć bez tych pieniędzy, a jedynie z minimalnym wpływem na konto. Nie wybiegam w przyszłość i nie rozpaczam, tak jak kiedyś, co to będzie na emeryturze. Przed chorobą żyłam albo przeszłością, albo przyszłością, a nie chwilą obecną – z tego powodu często się dołowałam, zamiast się cieszyć, że jestem operatywna, samodzielna, szczupła, to wiecznie mi coś nie pasowało. Moja fizjonomia przez chorobę bardzo się zmieniła, ale dopiero teraz się doceniam.

Nauczyłam się też rozdzielać rzeczy na te, na które mam wpływ i na które nie mam i z pogodą ducha się z nimi godzę. Jak mam na nie wpływ, to wtedy zakasuję rękawy i biorę się do roboty – działam! W moim życiu dzieje się teraz bardzo dużo dobrego – kobiety chcą mnie słuchać, kiedy mówię o raku piersi. Niedawno wzięłam udział w pierwszym spotkaniu, na którym byłam tylko ja jako prowadząca i słuchaczki. I wtedy uświadczyłam się w przekonaniu, że to jest moja droga – ta edukacja społeczeństwa – widziałam, że te kobiety naprawdę tego potrzebowały i ze spotkania wychodziły z zupełnie inną siłą. Chcę dalej działać, żeby kobiety nie traciły swojej własnej wartości, pamiętały, że są piękne i mądre. Innym chcę przekazać, żeby nie byli obojętni – wspierali fundacje, inicjatywy, które pomagają chorym onkologicznie. Sama też wspieram i angażuje się w wiele inicjatyw, żeby móc przekazać innym to właśnie hasło „nie bądźmy obojętni”.

Jeszcze innym moim ulubionym hasłem jest „Life is good”, z którym też wiąże się piękna historia – jedna z bohaterek książki, która była chora, nosiła czapkę z daszkiem z takim napisem. I jak wyzdrowiała, to przekazała czapkę innej chorej osobie i ta czapka była tak przekazywana z rąk do rąk – jako dobry znak. I poprosiłam znajomą krawcową, żeby wyhaftowała mi na kilku ubraniach ten właśnie napis – żebym się opatrzyła i uwierzyła, że życie jest dobre. I faktycznie takie jest – a teraz nawet lepsze niż wcześniej.

Życie w małym miasteczku może być trudne – nikt tu nie jest anonimowy, jak coś się stanie, to ludzie już o tym wiedzą i potrafią do tego dorobić historię – nie zawsze zgodną z prawdą, a jeśli jest się samotnym, to ludzie jeszcze bardziej cię oceniają. Małe miasto potrafi dać w kość. Bardzo. W większym mieście ludzie robią swoje i nikt nie zwraca większej uwagi na to, jak chodzisz ubrana i co robisz. A w takim małym miasteczku, choć wszyscy się znają, to gdy dzieje się coś naprawdę poważnego, to często odwracają wzrok, stają się obojętni, a to rodzi takie poczucie osamotnienia. Doświadczyłam tego wszystkiego. Po cichu liczyłam, że ktoś przyjdzie, powie, że wie, że te plotki to nieprawda i że przeprasza. I tak myślałam – ludzie, skoro tak wszystko wiecie i wiecie, że jest człowiek chory, to dlaczego się nie zorganizujecie, żeby chociaż jakąś zupę ugotować, coś przynieść, pogadać. Jak zaczęłam łamać to tabu, głośno o tym mówić, zauważyłam, że nastawienie się zmienia. I staram się zawsze przekazać, gdziekolwiek pojadę, głównie mieszkańcom takich miejscowości – nie bójcie się. Rak piersi nie jest zaraźliwy. Zwróćcie uwagę na te kobiety, na każdą z nich – nawet jeśli wydaje Wam się, że daje sobie radę zapytajcie jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. Okażcie wsparci

A kobietom, które są z małych miejscowości, chcę powiedzieć, żeby pamiętały, że ludzie są różni. Mogą plotkować i będą, zwłaszcza jeśli nie znają szczegółów – wtedy będą je sobie sami dopowiadać. Dlatego nie róbcie z raka piersi tematu tabu. Na Waszej drodze trafią się plotkarze, ale także dobrzy ludzie, którzy będą chcieli Wam pomóc i nie odtrącajcie tej pomocy, szukajcie jej. Zapytajcie lekarza o możliwość skorzystania z pomocy psychoonkologa, jeśli tak jak w moim przypadku, okaże się, że musicie jechać daleko, raz w tygodniu, to poszukajcie bliżej psychologa. I nie skupiajcie się tylko na chorobie, ale podbudowaniu siebie, swojej pewności i tego, żeby mówić o swoich potrzebach. Żeby wyzdrowieć fizycznie, trzeba też wyzdrowieć psychicznie – psychika ma ogromne znaczenie w chorobie! Jeśli i psycholog jest dla Was za daleko, to zadzwońcie do fundacji, skorzystajcie z wizyt online. Na pewno nie zamykajcie się w domu. I pamiętajcie – nie musicie być silne, pozwólcie sobie na chwilę słabości i mówcie o tym, czego potrzebujecie, przy czym pamiętajcie, że rak piersi nie odbiera kobiecości – nadal jesteście piękne i mądre!

W tym momencie jestem już po operacji usunięcia całej piersi i wszystkich węzłów chłonnych z jednoczesnym włożeniem implantu. Akurat tak się złożyło, że mój zabieg zbiegł się z epidemią COVID-19 w Polsce, ale pomimo tego odbył się planowo – we wtorek 15 kwietnia – z czego bardzo się cieszę. Już 17 wróciłam do domu z drenami do odprowadzania płynów po operacji. Owszem, nie jest łatwo, ponieważ mam nieczynną prawą stronę ze względu na zabieg. Dla mnie to jednak nie jest powód, aby nic nie robić! Jeszcze przed zabiegiem brałam aktywny udział w szyciu poduszek dla kobiet po mastektomii oraz wspierałam logistycznie szycie maseczek na oddział onkologii, gdzie je dostarczałam, aby za darmo rozdać pacjentkom.

Kiedy usłyszałam, że mam raka, byłam pewna, że nie dożyję wiosny, a jednak ją podziwiam – choć na razie z balkonu swojego mieszkania, z którego widzę piękne drzewa starych mirabelek, które uginają się od kwiatów! Będzie coraz lepiej – moja historia jest dowodem, że nie można się poddawać, bo co to da? Trzeba cieszyć się życiem, każdym dniem! Czasem martwię się, jak sobie poradzę sama, ale wtedy odganiam te myśli i zostawiam to Bogu – niech On się tym zajmie! Może postawi na mojej drodze kolejnych Aniołów, którzy mi pomogą, doradzą, co mogę robić? Nie może! Na pewno tak będzie! Jeszcze będzie dobrze, jeszcze będzie pięknie – gorąco w to wierzę!

 

Trzymajcie za mnie kciuki!

Organizatorzy

Partner merytoryczny

@ 2019 Copyright Roche Polska Sp. z o.o., ul. Domaniewska 39 B, 02-672 Warszawa. Wszelkie prawa zastrzeżone.