Nie bójcie się szukać pomocy
To były wakacje na Krecie. Spędzałam je razem z córkami. Kiedy brałam prysznic, wyczułam guzek pod pachą. Byłam świeżo po covidzie, więc pomyślałam o powiększonym węźle chłonnym. Po powrocie zgłosiłam się do lekarza rodzinnego, który podszedł do tematu bardzo skrupulatnie i dał mi wszystkie potrzebne skierowania. Na pierwszym badaniu lekarz niczego nie znalazł w samej piersi, ale mimo to napisał, że wskazane jest powtórzenie USG za dwa tygodnie. Byłam potem jeszcze na USG jamy brzusznej i przy okazji lekarz obejrzał to, co miałam pod pachą: „A, to torbiel, trzeba odbarczyć” – usłyszałam. To dawało mi złudne poczucie spokoju.
Dostałam skierowanie na biopsję, na której wynik czekałam sześć tygodni. W międzyczasie trafiłam do bardzo dobrej lekarki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo dobrej. Kazała założyć kartę DiLO. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, choć sama mnie uspokajała, mówiąc, że po prostu trzeba to sprawdzić.
Siódmego października trafiłam do Instytutu Onkologii. Zapytałam wtedy lekarkę, kiedy w końcu zniknie mi ten guzek, bo mi przeszkadzał. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Ale Pani będzie musiała przejść leczenie”. To był pierwszy moment, w którym naprawdę zrozumiałam, że to nowotwór.
O raku piersi nie wiedziałam wtedy zupełnie nic. Miałam przyjaciółkę, która przechodziła leczenie raka jelita grubego z przerzutami do wątroby – i to był cały mój dotychczasowy kontakt z chorobą nowotworową. W rodzinie też nie miałam żadnych takich przypadków.
Diagnoza zastała mnie w ogromnym życiowym kołowrotku. Chwilę wcześniej przeszłam bardzo trudny rozwód po długim, ciężkim związku. Pracowałam ponad siły – w korporacji jako pracownica i jako matka samotnie wychowująca dzieci od lat. Wiedziałam, że muszę się zatrzymać. I trochę tak odczytałam tę diagnozę: jak znak od życia, że trzeba się wreszcie zająć sobą.
Przez trzy tygodnie niewiele się działo, a potem nagle usłyszałam: „Proszę przyjechać w poniedziałek na chemioterapię”. I zaczęłam leczenie z marszu – szybciej, niż się spodziewałam, bo chciałam jeszcze pozamykać sprawy w pracy. Ostatecznie zdecydowałam, że nie będę łączyć chemioterapii z pracą, że dam sobie ten czas. Widziałam na korytarzach Instytutu dziewczyny zdenerwowane tym, że stoją w bardzo długich kolejkach, a i tak nie da się przewidzieć, kiedy się wejdzie. Niektóre dodatkowo stresowały się, że jeszcze spieszą się do pracy. Ja byłam na zwolnieniu, przez cały czas leczenia. Sama chemioterapia, poza utratą włosów, nie była dla mnie aż tak trudna. Po chemioterapii miałam operację: mastektomię z jednoczasową rekonstrukcją i limfadenektomię.
Trudniejsze niż sama chemia okazało się co innego – przyjmowanie pomocy. Koleżanki, z którymi do dziś jestem w stałym kontakcie, zaoferowały, że będą mnie wozić na zmianę na leczenie. Przyjaciółka przyjeżdżała po mnie do szpitala po każdej chemioterapii. Przyjeżdżała też siostra, pokonując dystans 400 km, po każdej chemioterapii. Ja jednak funkcjonowałam w trybie: skoro ktoś przyjeżdża, jest moim gościem i muszę się nim zaopiekować – choć siostra wcale tego nie oczekiwała. Po prostu nie miałam siły. Nie umiałam powiedzieć: „Nie przyjeżdżaj, nie potrzebuję tego”.
Z informacją od lekarzy bywało różnie. Nawet ja, choć jestem osobą dość zaradną i świadomą, na początku byłam w szoku. Czegoś mi zabrakło – myślę, że powinien to zaproponować lekarz, na przykład założenie portu. Poprosiłam o niego sama, dopiero po drugiej czy trzeciej dawce chemii. Wtedy okazało się, że mam już zbyt słabe wyniki krwi, żeby go założyć. Byłam zła, że nie zaproponowano mi tego od razu. Mam wrażenie, że gdybym sama o to nie poprosiła, nikt by mi tego nie zaproponował.
Najbardziej brakowało mi rozmowy uświadamiającej – że istnieje leczenie systemowe, że preparaty można dopasować do konkretnego przypadku. Sposób, w jaki lekarz przekazał mi samą diagnozę, to był po prostu antywzór. Wziął wynik badania, przeczytał parametry i powiedział: „To będzie Pani musiała przejść chemioterapię”. I tyle. Zostawił mnie z tym samą. Nikt mi też nie powiedział, jakie realnie konsekwencje niesie limfadenektomia. Takich rzeczy się po prostu nie mówi.
Sama operacja nie była końcem. Okazało się, że mam chorobę resztkową i muszę przejść dalsze leczenie. Wyczerpał mi się zasiłek rehabilitacyjny, a do pracy wrócić nie byłam w stanie. Powiedziałam pracodawcy szczerze, jak wygląda sytuacja. Zdecydował się ze mną rozstać. Obecnie jestem na rencie. To był dla mnie czas ogromnej beznadziei. Przedłużające się leczenie z uwagi na złe wyniki badań krwi w połączeniu z neurologicznymi skutkami ubocznymi leczenia plus utrata pracy sprawiły, że popadłam w głęboką depresję. To był najtrudniejszy czas w całej mojej chorobie. Byłam pod opieką Stowarzyszenia Unicorn, korzystałam też z warsztatów psychoonkologii oraz psychoterapii indywidualnej– czułam, że tego potrzebuję, to tył ważny element zdrowienia
Przez to wszystko starałam się chronić moje córki, choć nic przed nimi nie ukrywałam – wiedziały o biopsji, razem czekałyśmy na wynik. Gdy miałam operację, moje siostry i mama zorganizowały się tak, że przez trzy tygodnie ktoś był w domu. Ale gdy tylko wróciłam, chciałam już być sama z córkami.
Potrzebowałam takiego zatrzymania. Z tej drogi odzyskałam przede wszystkim siebie. Znalazłam miejsce w życiu na moje pasje. Pochodzę z Nowego Targu, przez lata tańczyłam i śpiewałam w zespole góralskim. Miłość do folkloru była we mnie. Szukałam miejsca, gdzie mogłabym śpiewać ludowe pieśni i je znalazłam. Wróciłam do malowania. Zaczęłam regularnie ćwiczyć qigong i jogę na miarę swoich możliwości. Regularnie spaceruję. Podjęłam naukę. Odkrywam z ciekawością siebie na nowo. Wcześniej moje życie przebiegało według schematu, który miał zadowolić wszystkich wokół: studia, ślub, dzieci, praca. Teraz mogłam wrócić do siebie. Teraz światło zostało skierowane na mnie. Innym kobietom na początku ich drogi chciałabym powiedzieć jedno: nie zostawajcie same i nie bójcie się szukać pomocy.